Samotnie do Grobowców Dynastii Ming - oszustwa, nieporozumienia i wielkie zmęczenie
Słyszeliście kiedyś o Grobowcach Dynastii Ming? Ja słyszałam o nich tylko dlatego, że zabrano mnie do nich podczas mojej pierwszej wizyty w Chinach, na letnim obozie Instytutu Konfucjusza. Dostaliśmy wtedy ok. godziny czasu na zobaczenie "wszystkiego" i zgodnie stwierdziliśmy, że niczego nie zdążyliśmy zobaczyć i cała wycieczka nie miała przez to sensu. W tym roku wybrałam się tam więc ponownie, aby przeznaczyć więcej czasu na porządne zwiedzanie i... okazało się, że ta godzina była jednak wystarczającym czasem. Ale o tym za chwilę... Uwaga, to będzie naprawdę długi wpis.
Jak w ogóle dostać się do Grobowców z centrum Pekinu? Ha! Sprawa wydawała się nieziemsko prosta - wystarczy przecież wsiąść w metro, gdzieśtam się przesiąść i wysiąść w końcu na przystanku o nazwie "Grobowce Dynastii Ming", który, jak sama nazwa wskazuje, powinien znajdować się niedaleko grobowców. Tak mówił też mój kieszonkowy przewodnik. Jakież było więc moje zdziwienie, kiedy po wyjściu z metra zobaczyłam miniaturowy placyk otoczony z 4 stron murem z dziurą zamiast wyjścia, przy której stało kilkanaście naganiaczy, wykrzykujących swoje wycieczkowe oferty. Każdy z nich chciał mnie zabrać do Grobowców, każdy miał niższą cenę i każdy podawał inną odległość do celu. Uciekłam od nich szybko i usłyszałam tylko "EJ! A GDZIE RESZTA JEJ WYCIECZKI? BIAŁY WAIGUOREN SAM!?".
Wkrótce przekonałam się, że droga do Grobowców z przystanku o nazwie Grobowce nie trwa 5 minut, nie jest wcale taka prosta i nie jest ani trochę przyjemna w 35 stopniowym upale. Ale zanim się o tym przekonałam, postanowiłam poszukać przystanku autobusowego, który pokazał mi się na mojej mapie. Przystanku nie znalazłam, ale znalazłam wiele innych ciekawych rzeczy.
Po pierwsze, znalazłam się w miejscu, które nie przypominało już centrum Pekinu. Po powrocie znajomi nie wierzyli mi, że zdjęcia zrobiłam niedaleko stacji metra, ale wierzcie mi, że naprawdę tak było. Po drugie, w tym dziwnym miejscu spotkałam czarnoskórego człowieka, którego spytałam o drogę do przystanku (byłam przekonana, że musi być turystą, a skoro zmierzał w przeciwnym kierunku niż ja, to pewnie wracał już z grobowców). Nie tylko nie znał drogi, ale też stwierdził, że jest tutaj, bo chciał zwiedzić akurat to miejsce (co!?) i ogólnie jest w Pekinie od wczoraj i mieszka w centrum. Wszystko to wydało mi się tak dziwne, że bardzo szybko pobiegłam w drugą stronę.
Nie znalazłam autobusu, więc postanowiłam podejść do grobowców nie pieszo, w końcu co to dla mnie, droga nie może być daleka. Patrząc na mapę, rzeczywiście taka się nie wydaje - z przystanku do Drogi duchów jest około 2 kilometrów, ale idąc ruchliwą drogą wśród tumanów kurzu w temperaturze 35 stopni, wydawało mi się, że odległość ta jest przynajmniej 2-3 razy większa. Po drodze zobaczyłam też coś strasznie ciekawego - na płytach chodnikowych porozsypywane były papierowe pieniądze, co oznaczało, że musiała tamtędy iść niedawno procesja pogrzebowa.
Kiedy doszłam do Drogi duchów (uwaga! wtedy nie wiedziałam, że Grobowce to wiele porozsypywanych obiektów i myślałam, że idę do jednego wielkiego kompleksu), zaczepił mnie mężczyzna, który zaczął krzyczeć, że do grobowców to mi zostało jeszcze 10 kilometrów i umrę zanim tam dojdę, a on podwiezie mnie tam za 50 yuanów. Za każdym razem kiedy odmawiałam, schodził z ceny coraz niżej i niżej aż został przy 10 yuanach, co wydało mi się już ogromnie śmieszne i po prostu wybuchłam przed nim śmiechem, tłumacząc mu, że widzę stąd przystanek, a bilet kosztuje tylko 2 yuany, a do tego bardzo lubię spacery. To kolejna osoba, od której musiałam uciekać.
W kasie przy Drodze duchów nie było żywej duszy, a kiedy już kogoś znalazłam, to osoba ta była w wielkim szoku i na jej twarzy malowało się wielkie "WTF!?". Tak, wiem, sama, biała, wycieczki nie ma, 12 godzina i 35 stopni w pełnym słońcu. Tam dowiedziałam się, że koleś przy wejściu miał rację i do tych słynnych "GROBOWCÓW" (Dingling) jest jeszcze daleko, ale przy wyjściu z Drogi duchów jest do nich autobus. No i git. Droga duchów okazała się najciekawszym elementem tej wycieczki i bardzo ją polecam. Ale jeśli idziecie pieszo z tego metra, to kolejne 2 kilometry bez nawet najmniejszego skrawka cienia.
2 kilometry i tony zdjęć dalej wsiadłam w autobus do Dingling. Kolejne krzywe spojrzenia i niedowierzanie, ale do tego zdążyłam się już przyzwyczaić. A Dingling... cóż, okazało się być właśnie tym miejscem, które odwiedziłam 2 lata wcześniej podczas mojej pierwszej wizyty w Chinach. Grobowiec ten znany jest jako Podziemny Pałac, jako że można wejść do niego po schodach w dół i zobaczyć grobowce różnych cesarzy, a nawet złożyć im ofiarę w postaci kilku papierowych yuanów. Miejsce to jest dość ładne i w ogóle, ale... po godzinie stwierdzicie, że widzieliście już NAPRAWDĘ wszystko, zrobiliście tylko kilka fotek, a cały ten teren to w większości masa drzew i ogromny park. Za to przed nim... łohoho! Czego tam nie ma! Zupki chińskie, lody, woda, napoje i tony brzoskwini w niebotycznych cenach, które kupowane były całymi siatkami przez wygłodzonych, zmęczonych skwarem turystów. Zjadłam jedną brzoskwinię i postanowiłam wrócić. Przystanek autobusowy był dość niedaleko. Wszystko szło jak po maśle, ale...
Ale okazało się, że autobusy jeździły sobie we wszystkie strony, bez żadnego ładu i składu i po 30 minutach czekania żaden z nich nie był tym, który może odwieźć mnie z powrotem do stacji metra. Pytałam, sprawdzałam, niedowierzałam, ale odpowiedź była ciągle taka sama "nie, to nie ten, on jedzie w drugą stronę". W drugą, czyli jaką!? Ktoś tu mnie chyba robi w balona... No i robił, bo kiedy spotkałam parę młodych chińczyków, wytłumaczyli mi w końcu, który autobus jedzie w moją stronę - i był to ten sam, który zdążył się pojawić na przystanku już 5 razy. DZIĘKI. No nic... wróciłam z powrotem do "Wioski Jiantou", jak nazywa się okolica obok metra. Przeszłam jeszcze raz przez niesamowite "osiedle" nieprzypominające w ogóle Pekinu i wróciłam do centrum. Uff...
Czy było warto? Hmm... Grobowce nie są raczej atrakcją powalającą na kolana i w Pekinie znajdziecie wiele ciekawszych miejsc wartych zobaczenia. Marnowanie całego dnia na zwiedzenie tego jednego miejsca z pewnością by mnie zdenerwowało, ale dzięki "Wiosce Jinatou" stwierdziłam, że wszystko to warte było zachodu, bo miejsce to okazało się ciekawsze od "niesamowitych", obleganych przez turystów grobowców. Mam więcej zdjęć zrobionych w drodze do grobowców niż w nich samych... Ach! Jeśli już, to warto wybrać się na samą Ścieżkę duchów, jest o wiele ciekawsza od Dingling, wbrew temu co mówią sprzedający swoje usługi podejrzani ludzie przed wejściem. Morał? Nie wszystko złoto, co wpisane na listę UNESCO i... czasami najbardziej podejrzane miejsce okazuje się tym najciekawszym!
Komentarze
Prześlij komentarz